Jeszcze dekadę temu zdjęcie z wakacji oznaczało lekko rozmazaną fotkę z cyfrowego aparatu, uśmiechy bez perfekcyjnego światła, spontaniczne selfie w autobusie, wrzucone na Facebooka bez większego zastanowienia. Dziś? Każde selfie przechodzi przez co najmniej trzy aplikacje, kilka filtrów, wygładzenie skóry, powiększenie oczu i korektę nosa. Wystarczy jedno przeciągnięcie palcem, a twarz staje się gładsza niż porcelana, a ciało wpisuje się w ideał wycięty z katalogu. Witaj w erze cyfrowej perfekcji, gdzie „naturalność” to często tylko dobrze dobrany preset. Ale co się dzieje, gdy codziennie patrzymy na siebie przez pryzmat nierealnych standardów? Czy filtry to tylko niewinna zabawa, czy może narzędzie, które stopniowo podkopuje naszą samoocenę?